Menu+

Ukraińska Przygoda w Żytomierzu

Ukraina – Żytomierz – 2018

12.07.18r żądni przygody, pełni sił i zapału wyruszyliśmy do Żytomierza na Ukrainie, aby pomóc tamtejszym wolontariuszom w prowadzeniu półkolonii dla miejscowych dzieci. Po dwóch dniach w busach załadowanych do granic możliwości dotarliśmy do lasu otaczającego szkołę Wseswit (ukr. Wszechświat). Przy wielkim gmachu placówki znajdowały się dwa boiska i plac zabaw, poza nimi nie widzieliśmy nic. Tylko gęsty, cichy, mroczny las. Szybko jednak zjawili się ludzie. Przed głównym wejściem przywitał nas ks. Michał Wocial, świetny salezjanin. Zostaliśmy zakwaterowani w dwóch nieużywanych salach lekcyjnych. Ksiądz Wocial oprowadzając nas po budynku rozdzielał listę zadań, które trzeba wykonać przed poniedziałkiem – rozpoczęciem półkolonii. Mieliśmy cały weekend na zamianę na wpół opuszczonej szkoły w miejsce, w którym będzie można przeprowadzić zajęcia dla ponad 100 radosnych dzieci. Dostaliśmy do dyspozycji coś co spotkałem tylko na Ukrainie, czyli całkowitą wolność, która łączy się z całkowitą odpowiedzialnością za swoje czyny. Każdy z nas stał się niezależnym wolontariuszem, którego zadanie może wykonać tylko on sam. Współpracowaliśmy z grupą nauczycielek, które zdecydowały się zostać wolontariuszkami na półkolonii. Do nich należała rola głównego opiekuna w grupach i prowadzenie zajęć lekcyjnych dla dzieci. Natomiast nas poproszono o zajęcie się sportem i nauką polskiego. Ponadto każdy z nas został przydzielony do jednej z 9 grup.
Po całym dniu pracy, spotkań, rozmów i przygotowań nastała noc. Uświadomiliśmy sobie, że zostajemy w tym gmachu całkiem sami. Zapanowała cisza. Nasza grupa stanowiła tylko 8 osób, co w tak wielkim budynku oznaczało, że przez większość czasu byłem sam. Nigdy nie czułem się, aż tak nieswojo. W ciemnych, długich korytarzach, pośrodku lasu panowała cisza tak głęboka, że pierwszy raz usłyszałem szum krwi we własnych uszach i pukanie palców o ekran telefonu. Jednak z czasem pokochałem tę ciszę, która dawała wytchnienie po całym dniu pracy z dziećmi. Oswoiłem się z murami Wseswitu i z czasem pokonałem wszystkie lęki związane ze szkołą. Wystarczyło za dnia odwiedzić wszystkie te straszne miejsca i uświadomić samemu sobie, że nic mi nie grozi. Zwłaszcza, gdy obok są przyjaciele.
A w poniedziałek przybyły dzieciaczki. Ukraińskie dzieci są najcudowniejsze na świecie. Są posłuszne, kochane i bardzo wdzięczne za najmniejszy gest. Zostałem przydzielony do IV grupy, dzieci przyjęły mnie jakbyśmy się znali od zawsze. Same wymyśłiły sobie nazwę grupy, przybiegła do mnie jedna z dziewczynek i zaproponowała hasło naszego komanda, wszystko odbyło się w 15 minut, łacznie z namalowaniem herbu Kto był na półkoloniach ten wie, jak to wygląda w Polsce :). Tak oto zostałem wychowawcą grupy Wi-fi z hasłem „Gdy jedności brak, my jedno wi-fi dla wszystkich!” Dzieci nie wiedzą co to bariera językowa, każde słówko, którego nie rozumiałem starały się wytłumaczyć, albo pokazać. Pamiętam tylko jedną sytuację, w której nie umieliśmy się porozumieć. Nasze języki są bardzo podobne, a dzieci niesamowicie cierpliwe i kochane.
Ja, Wojtek Ziaja, kl. Łukasz, kl. Czung i Honza Farion byliśmy odpowiedzialni za sport. Każdego dnia mieliśmy przeprowadzić grę dla całego obozu, czyli 134 dzieci. Dzięki wsparciu pani Tosi i najstarszych dzieci, które rozumiały po polsku udało nam się przeprowadzić skutecznie zajęcia, a dzieci były bardzo zadowolone. Kinga Jamrowska, Weronika Lis i Gosia Saternus prowadziły zajęcia z języka polskiego, pomagaliśmy im wszyscy, jak tylko się dało. Dzieci były tak pojętne, że pod koniec drugiego tygodnia zajęć brakowało nam już słownictwa, którego by jeszcze nie znały. Zaczeliśmy się więc uczyć ukraińskiego od dzieci 🙂
Dzięki pani Lenie i Tatianie, które zgodziły się nas oprowadzić, spędziliśmy całą niedzielę w Kijowie. Przepiękne miasto pełne wspaniałych zabytków. Tydzień później, wracając do Polski, zatrzymaliśmy się też we Lwowie. Uwielbiam to, że w każdym sklepie na rynku można porozmawiać po Polsku. Dają też pyszną kawę!
Myślę, że powinienem teraz wyjaśnić pochodzenie obco brzmiących nazwisk kilka linijek wyżej 🙂 Tak więc:
Kleryk Czung Trung Nguyen jest salezjaninem, który pochodzi z Wietnamu. Jego historia w skrócie wygląda następująco. Wyjechał z Wietnamu do swojej babci ciotecznej, która porwadziła stragan na targu w Odessie (odległy wschód Ukrainy), nauczył się tam języka rosyjskiego, dzięki temu mógł tłumaczyć kazania ks. Michała Wociala na wietnamski dla mniejszości zebranej w Odessie. Tam też poznał salezjanów, wyjechał potem do seminarium salezjańskiego w Krakowie i w ten o to sposób kl. Czung został salezjaninem. Do Ukrainy przyjechał na urlop i w ramach odpoczynku pomagał nam na półkoloniach. Świetny facet 😀
Honza Farion to legendarny „Czech”. Ksiądz Wocial zadał nam pewnego wieczoru pytanie:”Znacie jakiegoś Johna? Jest z waszej ekipy?”. Byliśmy szczerze zdziwieni. „Napisał do mnie na Youthnet. Przyjedzie w niedzielę”. I rzeczywiście przyjechał! Czech z krwi i kości, prosto z Pragi. Szukał ciekawego zajęcia na wakacje i odnalazł akurat ten obóz, nie dociekaliśmy dlaczego akurat ten xd. Co najlepsze z Honzą -nie mówił w żadnym języku oprócz czeskiego i angielskiego, więc od tego czasu każda odprawa, każdy wspólny posiłek w gronie wolontariuszy z Polski odbywał się po angielsku. Okazał się być naprawdę równym gościem. Aktualnie jesteśmy zaproszeni na najbliższy weekend do Pragi, żeby zobaczyć jak wygląda dom i kościół Johna, wydawał się być zadowolony z polskiego towarzystwa 🙂

O wolontariacie na Ukrainie można napisać książkę (albo kilka), ale nawet najlepsza opowieść nie zastąpi doświadczenia, dlatego jedyną możliwością, aby sprawdzić,czy to o czym pisałem to prawda, to wybrać się za rok z nami do wschodnich przyjaciół. „Ukraina to kraj tylko dla optymistów” jak mówi ksiądz Michał. I tacy właśnie są Ukraińcy. I tylko optymizmu i odrobiny szaleństwa potrzeba, żeby poczuć się tam jak w domu.

Wojciech Kościelniak

Opublikowano Wrz 7, 2018 w kategorii: Podróże i pielgrzymki